czwartek, 17 kwietnia 2014

Przeraża mnie "dzisiejszość"

Patrzę na fecebooka i myślę sobie... jak bardzo się staczamy? "Karny Qutaz" , "LOL" i inne ozdobniki zdobią nasza już wystarczająco zdobnie ozdobione umysły. Chyba właśnie dlatego zanika sztuka konwersacji i właśnie dlatego coraz to trudniejsze sprawy załatwia się przez fejsa. Wyznanie miłości, zerwanie, poważne kłótnie i tajemnice, które powinniśmy sobie wyznawać w oczy, umieszczamy w niebiesko białym okienku. Nie potrafimy sklecić zdania, realność coraz bardziej traci na wartości.
Jutro ścisły post, mam zamiar zjeść tylko chleb z masłem. Co z tego wyjdzie? Wszystko zależy od tego, jak mocno potrafię zapanować nad własnym umysłem. Poza tym dużo będzie do roboty. Dodatkowy angielski, sprawy finalne Londynu i nauka do egzaminów. Nie wiem czy dam radę ogarnąć ten kwiecień. Według mnie jest to miesiąc pechowy, wnoszący smutek do mojego życia. Teraz ma się spełnić moje największe marzenie. Czy to sprawi, że zmienię o nim mniemanie?
Melancholia mnie dopadła - rozmyślam nad papieżem Janem Pawłem II. Kiedy sobie pomyślę jak wiele złego robię, jak wiele rzeczy nadaje się na potępienie...jest mi tak strasznie głupio. Chciałabym zrobić coś dobrego, ale nie mam pomysłu co to może być. Właściwie mam, ale jestem pełna wątpliwości czy mi to wyjdzie. Brakuje mi papieża, żałuję, że był tak mała, nie mogłam poczuć jego obecności. Tej ojcowskiej opieki, tego, że jest tu z nami.
Mam ochotę wybrać się do lumpeksu...

środa, 16 kwietnia 2014

Przelecieć wszystko (zboki!)

Siedzę i jem marchewki. To ostatnia rzecz, na którą mam ochotę, ale chce mi się jeść. Już wolę zjeść tą trawę aniżeli coś co zjadłam dzisiaj po południ.
Powoli wrzucam na luz. Z egzaminami, z odchudzaniem, ze sportem, ze wszystkim. Zastanawiam się czy dobrze postępuję. Szczególnie z tym ostatnim. Po prostu ostatnimi czasy nie mam na nic ochoty. Wszystko sprawia mi problem i niepotrzebne smutki. Cały czas mogłabym powtarzać "ech..." i tyle. Ja po prostu wiem, że egzaminy napiszę okropnie, o wiele poniżej swoich oczekiwań, a wiem, że jeżeli tak zrobię, będę załamana. Powtarzam, że nie powinnam tak robić, dołować się bezpotrzebnie, ale ja to ja. Tylko ona mogłaby mnie pocieszyć...
Fajnie by było jakbyśmy wszystko dostawali bez wysiłku. Ale wtedy radość i smutek straciłyby na wartości. Zastanawiam się co lepsze. Chyba wolałabym ominąć te 9 lat nauki, tylko zacząć już pracować, zarabiać, mieć własne życie. Przede mną długa droga...
Żałuję, że nie mieszkam w jakimś wielkim mieście.
Prawda jest taka, że miastowi mają lepiej. Dużo rzeczy do roboty, wszędzie blisko i cały czas się gdzieś chodzi. W wiosce jesteś sam, nudzisz się, nie masz co ze sobą zrobić, dlatego jesz i jesz i jesz.
W tle Sulin, a ja nie potrafię się skupić na tym poście ani trochę. Ech... chyba pójdę poczytać.
W oczekiwaniu na Nicolasa Cage...

wtorek, 15 kwietnia 2014

Wszystko się przyda

Czasami dobrze jest dostać opierdol od kogoś z zewnątrz. Kogo widzisz raz na miesiąc. Taka osoba ma do nas świeże podejście, postrzega pewne sprawy obiektywne i potrafi ocenić bez osądzania z góry. Wtedy przynajmniej jesteśmy pewni ich opinii, podjętych decyzji.
Dlatego, kiedy mam poważny problem, pytam gościa z ulicy o opinię.
A czasami dostaję ją bez proszenia.
Grunt to zachować trzeźwość umysłu, myśleć racjonalnie choćby paliło się i waliło. Bo koniec końców to dzięki umysłowi możemy wygrać... lub przegrać.

Gdyby....

Gdyby połowa ludzi wiedziała co o nich myślę. Gdyby połowa z nich wiedziała co robię. Gdyby wszyscy oni mieli jakiekolwiek pojęcie o mnie samej. O tym, co uważam za słuszne, a co za złe. Gdyby znali moje podejście do wielu spraw na tej ziemi. Jakbym chciała się zachowywać, wyglądać, co robić. Albo by mnie znienawidzili, albo pokochali. Tak przynajmniej jestem bezpieczna...
Tak się zastanawiam, jak dobrze, że nikt nie wie co na prawdę myślę i czuję. Nawet osoba, która zna mnie najlepiej ze wszystkich, a jednocześnie najmniej. Jestem niczym te tajemnicze postacie z bajek, które nigdy do końca nie są zrozumiałe, tylko w moim przypadku nie ma nic pociągającego ani seksownego. Tylko przed jedną osobą jestem się w stanie otworzyć. Chciałabym jej powiedzieć co myślę, zwierzyć się ze wszystkich problemów jakie mam, opowiedzieć coś osobie. Ale tym razem powiedzieć prawdę. To nigdy nie będzie możliwe. I to nawet nie przez mój pesymizm, który jest moim nieodłącznym przyjacielem. To przez stan rzeczy.
A może i tak znów ją okłamię? Kurde, jak się teraz zastanawiam, to słowo "kłamstwo" powinnam mieć wytatuowane na czole od momentu moich narodzin. Od zawsze kłamałam. Odkąd tylko pamiętam. Kłamstwo zawsze mi towarzyszyło i przypuszczam, że zawsze towarzyszyć będzie. Czasami kłamałam w dobrej sprawie, ale przeważnie zawsze w tej drugiej. Kłamałam żeby zrobić z siebie gorszą/lepszą osobę. Żeby zasłużyć na coś, na co nie zasłużyłam. Żeby udowodnić, że jestem coś warta, choć nie jestem.
Każdy kłamie, nie? Ale w moim przypadku kłamstwo jest drugą mną. I nie sądzę żebym była jakimś monstrum. Chociaż... Chyba jestem, ale nie potrafię tego dostrzec.
No bo kto normalny zachowuje się tak jak ja?
Z tego wszystkiego albo wyniknie zdemoralizowanie, albo geniusz. Obstawiam to drugie.
No bo kto normalny postępuje jak ja?
Wiem co by się stało. Zawiodłabym wszystkich. Wszystkich z mojego otoczenia.